Morada Fiscal, czyli droga przez mękę…
Nasza działka leży na terenie AUGI. Dla niewtajemniczonych: takich miejsc w Portugalii jest więcej, niż się wydaje, i żyją w nich tysiące ludzi. Działki istnieją. Ludzie istnieją. Ogrodzenia stoją. Furtki się otwierają. Skrzynki pocztowe wiszą.
W skrócie…
Możesz tam mieszkać, postawić przyczepę, kontener, domek mobilny, żyć off-gridowo, legalnie i spokojnie. Może nawet posadzić pomidory i krzewy lawendy, a psy będą biegać po trawie. Możesz prowadzić spokojne życie, jakbyś był w jakimś mikrokosmosie w środku portugalskiego słońca. Nie możesz natomiast zrobić jednej rzeczy, kluczowej dla funkcjonowania w jakimkolwiek państwie XXI wieku. Nie możesz dostać Morada Fiscal. Czym jest? Odsyłam do innego artykułu, https://www.centralgestcloud.com/blog/artigo/189/morada-fiscal-o-que-e-e-como-mudar
Trudności.
I w pewnym momencie – po kolejnym mailu, kolejnym „proszę czekać” i kolejnym urzędowym kółku – usłyszeliśmy zdanie, które było jak klaps z pieczątką wymierzony prosto w twarz. Nie dlatego, że to AUGI, numeru nadać się nie da. Powód był bardziej precyzyjny. I bardziej okrutny. Nie możemy dostać numeru, ponieważ na działce nie stoi budynek murowany, trwale związany z gruntem. Teoretycznie – gdyby taki budynek istniał – być może dałoby się nadać tak zwany número de lote. I tutaj zaczyna się klasyczna portugalska pętla, która spokojnie mogłaby być eksponatem w muzeum absurdu administracyjnego. Żeby wybudować budynek murowany, potrzebujesz zatwierdzonego terenu.
Żeby zatwierdzić teren AUGI, potrzebujesz procedur, decyzji, uchwał i… czasu. Dużo czasu.
Bez zatwierdzenia nie dostaniesz pozwolenia na projekt.
Jeśli brak projektu, to nie wybudujesz domu.
Natomiast bez domu nie dostaniesz numeru. A bez numeru… nie istniejesz.
Portugalski paradoks.
Paradoks polega na tym, że tuż obok stoją domy. Prawdziwe, murowane, z numerami. Wybudowane lata temu, zanim wszystko stanęło w martwym punkcie. Ludzie w nich mieszkają, funkcjonują, odbierają pocztę. My trafiliśmy po prostu na moment historii, w którym „już nie wolno”, ale „jeszcze niczego nie naprawiono”. Rozmawiałam o tym w Junta de Freguesia, rozmawiałam z Panią Burmistrz. Wiem, że są ludzie, którzy walczą. Były wybory – burzliwe, pełne emocji – i nie zmieniły nic konkretnego. Bo nawet na poziomie lokalnym ręce są związane dokumentami sprzed dekad. W praktyce oznacza to jedno: domu murowanego postawić nie możemy, a domek mobilny czy przyczepa – choć w pełni legalne – nigdy nie dadzą nam adresu fiskalnego.
Dobre rady…
Ktoś zawsze rzuca wtedy „genialną” radę: – A może sąsiadka wynajmie Wam pokój?
Teoretycznie – tak. Praktycznie – to bajka dla ludzi, którzy nigdy nie musieli rozliczać podatków w obcym kraju. Podpisanie takiej umowy zmieniłoby całkowicie sytuację podatkową sąsiadki. Jej gospodarstwo domowe, ulgi, świadczenia, wszystko. Nikt nie rozwala swojego życia pod kątem fiskusa tylko po to, żeby „dać komuś adres”. I w tym miejscu kończą się opowieści o cudownych obejściach systemu. Oczywiście można, np.umową użyczenia (rodzinie bez wynagrodzenia). Nie oszukujmy się jednak, jeśli nie masz tu rodziny, a znasz kogoś trzy miesiące z hakiem, trudno prosić żeby zaufał obcemu w dzisiejszych czasach.
Zostaje jedno realne wyjście: legalny wynajem z legalną umową, najlepiej na minimum dwanaście miesięcy. Taką radę dała nam urzędniczka z Urzędu Financas Setúbal. Po tym, jak dla próby osiągnięcia Morada Fiscal ustanowiliśmy sąsiadkę, Portugalkę, naszym opiekunem podatkowym, ten pomysł również spełzł na niczym…
Marzenia vs. rzeczywistość.
Gdyby nie zdrowie, prawdopodobnie nadal żylibyśmy off-gridowo i machali urzędom z daleka. Ale zdrowie nie negocjuje. Leki po transplantacji serca nie są tanie. Dostęp do lekarza nie jest opcją. Zaplecze medyczne i socjalne dla dziecka nie jest luksusem. Leki przywiezione z Niemiec zaczęły znikać alarmująco szybko, prywatne wizyty i prywatne recepty to koszty rosnące z każdym tygodniem. A przy transplantacji słowo „drogo” oznacza po prostu horrendalnie. Nie mieliśmy luksusu dalszego czekania. Choć i tak czekaliśmy zbyt długo.
Realia wynajmu nieruchomości.
Kiedy już uzyskaliśmy pewność, że musimy coś wynająć, okazało się, że zadanie graniczy z cudem. Spośród ponad sześćdziesięciu wiadomości o wynajem, jakie wysłaliśmy na Marketplace i OLX, odpowiedzi dostałam może dziesięć. Z tego pięć osób było w stanie zrobić to legalnie, a tylko dwie dawały możliwość uzyskania Morada Fiscal pod warunkiem spełnienia wszystkich wymogów: trzy ostatnie wynagrodzenia, poręczyciel (tak, tak jak do kredytu), dokumenty firmy, zaświadczenia, kaucja i czynsz z góry, a czasem nawet wgląd w social media, żeby sprawdzić, czy jesteśmy „godni” wynajmu. To zupełnie położyło nas na łopatki;) Dosłownie casting , jak do pracy przy ochronie Prezydenta.
Końcowo…, dzięki uprzejmości przyjaciół, jedna oferta spełniła wszystkie warunki. Przepiękny apartament, legalnie, z Moradą Fiscal i spokojem ducha. Szczęście w nieszczęściu.
Cenowy zawrót głowy.
Ceny mieszkań w Portugalii Centralnej osiągają już poziomy niemieckie. Apartamenty dwupokojowe kosztują od 750 euro w górę, trzypokojowe w Almada czy Cacilhas – minimum 1000 euro, a z widokiem na ocean – 2000 euro i więcej. Mieszkańcy lokalni piszą często w mediach społecznościowych, prosząc ekspatów, żeby przestali windować ceny, bo wyrządza to krzywdę rodzinom żyjącym wielopokoleniowo. Przywiązanym do tradycji i własnej przestrzeni. Nawołują „swoich”, aby ignorować przyjezdych i dać im odczuć, że nie są mile widziani. W tym momencie poczułam też lekki wstyd: nawet nie zdawałam sobie sprawy, że nasza obecność w tym systemie i w tym regionie wywołuje taki efekt. Ciężko to wytłumaczyć po krótce, sama musiałam się zmierzyć z tutejszą rzeczywistością, żeby to ogarnąć…
Sarkazm i niewiedza…
Spotkałam się ostatnio z ironią w mediach społecznościowych, kiedy ktoś pytał, czy można się dogadać po angielsku. Odpowiedziałam, że owszem można, ale że nie jest to łatwe. Próbowałam wytłumaczyć tej osobie, że bardzo wielu Portugalczyków nie mówi po angielsku, a jeśli mówi, to nie zawsze chce go używać – z różnych powodów, w tym właśnie wynikających z tych trudności proceduralnych, nieufności wobec obcych i ochrony własnej przestrzeni. Pan odebrał mój spis na zasadzie żartu i złośliwości, odpisując, „nie martw się, nie przyjeżdżam do Portugalii po to, żeby odebrać Ci pracę, tylko po to, żeby ją dać”.
To zdanie mnie rozbawiło, bo pan po prostu nie wiedział, o czym mówi. Nie rozumiał mentalności tych ludzi, problemów, z którymi my osobiście się zderzyliśmy, i skwitował wszystko jednym, dla mnie nie na miejscu, stwierdzeniem. Nie martwię się o to, że on tu przyjedzie i odbierze mi pracę – tak po prostu nie będzie. Chodziło mi raczej o to, żeby uświadomić mu, z jakim problemem musi się zmierzyć, jeśli rzeczywiście chce tu przyjechać. Bo to właśnie jest sedno: trzeba być tu na miejscu, przejść tę ścieżkę kilka razy w kółko, żeby zrozumieć, o czym mówię i gdzie naprawdę tkwi problem. Nie wszyscy przechodzą taką drogę. Często ślizgiem udaje się ludziom wszystko ogarnąć bez większych perturbacji, ale wtedy nie dostrzegają problemów i nie uczą się rzeczywistości tego kraju.
Cudowni ludzie.
W całej tej historii spotkaliśmy jednak też niesamowitych ludzi. Dzięki przyjaciołom, znajomym Portugalczykom i Polakom, którzy włożyli serce i czas, udało nam się dojść do punktu, w którym jesteśmy teraz. Spotkaliśmy więcej życzliwych ludzi w ciągu tych trzech i pół miesiąca niż w Niemczech przez całe piętnaście lat. Dziękuję im z całego serca – to dzięki nim mogliśmy w końcu rozpocząć kolejny etap naszego życia w Portugalii.
Mimo że procedury są trudne, ceny wysokie, a system czasem absurdalny, udało nam się znaleźć mieszkanie, które daje nam bezpieczeństwo i możliwość funkcjonowania z naszym zdrowiem na pierwszym miejscu. Zamiast widoku na ocean mamy widok palm między budynkami, znowu wylądowaliśmy w mieście, co nie do końca nas zachwyca, ale efekt końcowy jest bardzo zadowalający. Mogło być gorzej – mogło nas doprowadzić gdzieś, gdzie nie mielibyśmy spokoju i dostępu do potrzebnej opieki.
Moja refleksja…
A na koniec refleksja: sama nie zgadzam się do końca z podziałem świata na kraje i nacjonalności. W sumie jesteśmy jednym gatunkiem – ludźmi, którzy powinni się kochać, szanować i pomagać sobie wzajemnie. Mimo to te podziały istnieją, są realne i wciąż wpływają na nasze życie. Czuję się tu dobrze, spokój ducha mam, bo jestem w miejscu, w którym chciałam się znaleźć, ale mimo wszystko jestem tu obca. To lekcja szacunku dla odmienności lokalnej mentalności i jednocześnie przypomnienie, że każdy kraj, każda społeczność ma swoje mechanizmy ochronne – czasem trudne, czasem irytujące, czasem absurdalne – które chronią ją przed napływem osób nieprzygotowanych lub tych, którzy oczekują, że wszystko dostaną na tacy.
Tak wyglądała nasza portugalska saga z Moradą Fiscal, AUGI i wynajmem. Emigracja nie jest romantyczną bajką. Jest labiryntem, frustracją, walką, małymi zwycięstwami i wspaniałymi ludźmi po drodze. I właśnie dzięki nim możemy z uśmiechem patrzeć na palmowe miasto między budynkami, które stało się naszym domem.




Cenne wskazówki, dziękuję. Właśnie przymierzam się do przeprowadzki. Pozdrawiam.