Wjazd do Portugalii – czyli palmy, osy i Big Brother zza płotu

Po czterech dniach jazdy przez Niemcy, Francję i Hiszpanię, z krótkimi romansami w Bilbao i Madrycie, w końcu dotarliśmy do Portugalii. I tu – szok. Wjazd jak z katalogu: czysty asfalt, palmy, zadbane rowy, zero plastikowych budek z chińskimi klapkami. Dziecko w ekstazie, a my już na etapie „kto nas zmusił do tego pomysłu?”.
Ostatni odcinek – czyli 600 km w trybie zombie

„Już tylko” 600 km do celu. Brzmi niewinnie, dopóki nie jesteś zajechany jak koń po westernie. Ale wiedzieliśmy, gdzie jedziemy – na naszą działkẹ, przez dwa lata pozostawioną samej sobie. Sahara połączona z buszem. Brzmiało cudownie.
Pierwsze spotkanie z działką – horror w wersji demo



Działka 500 m², cała w suchych chwastach, płot i brama wyglądające jak scenografia do filmu o zombie. Pierwsze cztery dni spędziliśmy na koszeniu i robieniu placu. W pierwszy wieczór skosiliśmy tylko tyle, żeby w ogóle wjechać przyczepą. To i tak był wyczyn głównie zięcia i starszej misiorówny, bo starzy pojechali na szybkie zakupy (jeść i pić też trzeba, a zapasy stopniały). Brama była tak wąska, że wjazd przypominał challenge z TikToka: „wjedź i nie rozwal niczego”. Spoiler: rozwaliliśmy. Tylny róg przyczepy do remontu.

Na ratunek ruszyli Portugalczycy z klubu osiedlowego. Panowie w stanie, nazwijmy to, „po kilku kawach inaczej”. Efekt? Przyczepa w środku, a my z długiem wdzięczności. Na marginesie, to za ich pomocą misiorowy wagen ma teraz miejsce, ale i kuku do naprawy. No còż. Ale, że dobrymi chẹciami piekło wybrukowane, nie mieliśmy wyboru i trzeba było siẹ uśmiechać, i nie wybrzydzać.Nie mieliśmy piwa w lodówce, więc zamówiliśmy kolejkę… w ich własnym klubopubie. Integracja zaliczona.
Sąsiedzki Big Brother
Pierwsze trzy dni czuliśmy się jak w reality show. Każdy, absolutnie każdy, musiał nas obejrzeć. Przyjeżdżali do klubu niby „na kawę”. Najlepsze były starsze matrony w czerni, które przywożono autem pod naszą działkę tylko po to, by mogły postać za płotem, popatrzeć na nas jak na egzotyczne zwierzątka i zostać odwiezione z powrotem. Czułam się jak panda w zoo, tylko bez bambusa.
Na szczęście jedna sąsiadka okazała się naprawdę złotą kobietą – wizytówka, propozycja pomocy, zero pytań „a co wy tu robicie?”. Serdeczność level Portugal.
Szopka i osy – akcja specjalna
Wisienką na torcie była stara szopka, która nadawała się tylko do spalenia. W środku? Gniazdo os, gotowe do wojny. Zięć dostał dwa użądlenia na dzień dobry, więc decyzja była szybka: likwidujemy. A że ja jestem alergiczką – musiałam to wymyślić sama, żeby chłopaków potem nie reanimować.
Plan był prosty: przebranie w szlafroki, czapki i kalosze (w 39 stopniach) i do boju. Wyglądali jak ekipa z psychiatryka w przerwie na przebieranki. „Miotacz ognia” zrobiony z palnika i sprayu poszedł w ruch, gniazdo trafiło do worka i wywiezione zostało do lasu. Szopka padła. Osy trochę ucierpiały, ale ludzi udało się uratować.

Plaże zamiast udaru
W dzień i tak nie dało się pracować – słońce paliło klapki na stopach. Więc zrobiliśmy to, co robi każdy przy zdrowych zmysłach: uciekliśmy na plaże. Dzikie, piękne, bez zakazów dla psa. Zamiast tyrać w upale, moczyliśmy nogi w oceanie i planowaliśmy kolejne bitwy z portugalską dżunglą.



Podsumowanie
Obóz stoi, działka oczyszczona. Pierwsze dni? Miks komedii, horroru i Big Brothera na żywo. A pracy przed nami jeszcze całe sezony kolejnych odcinków. Portugalia przywitała nas serdecznością, słońcem i… osami. I niech ktoś powie, że przeprowadzka to nuda.


Dodaj komentarz