Z konwojem do Portugalii: tankowanie na oparach, parking grozy i asfalt wśród palm

Etap Francuski – czyli jak zatankować i nie zwariować
Poniwaź startowaliśmy z Niemiec, kilka km od granicy, nasz pierwszy kraj dlugiej podróży to Francja. Kraj wina, bagietek i ludzi, którzy najwyraźniej podpisali pakt, że nie będą mówić w żadnym innym języku poza francuskim – nawet jakby im życie od tego zależało. Nasze pierwsze większe wyzwanie na trasie? Tankowanie. Schody juź przed Markolzheim. CPN, z problemem dystrybutora, no coź… lecimy, przecieź coś się znajdzie… No i znaleźliśmy.
Tankowanie
Wyobraź sobie: noc, stacja benzynowa, a my na oparach. Podchodzę do okienka, a tam Pan w budce. Uśmiech w stylu „bonjour, ale i tak ci nie pomogę, bo nie znasz francuskiego”. Trzeba było mu powiedzieć z góry, za ile chcemy nalać, bo inaczej dystrybutor nie ruszy. A jak tu człowieku wiedzieć, ile dokładnie się zmieści, kiedy bak pusty jak portfel po świętach? Próba dogadania się wyglądała jak kabaret: ja po angielsku, on po francusku, ręce w górze, trochę pantomimy, zero efektu. Koniec końców – odpuściliśmy i szukaliśmy dalej.
Druga stacja – wyglądała obiecująco. Karta w rękę, elegancko wbijam… i nic. Maszyna najwyraźniej obraziła się na zagraniczne plastiki. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy Francuzi przypadkiem nie mają specjalnego kodu DNA w chipie, bo nasza karta nie chciała wejść. Więc znowu – jazda dalej, tym razem już praktycznie na oparach i modlitwie do świętego Diesela.
W końcu – udało się. Tankowanie zaliczone, a człowiek od razu czuł, że wygrał jakąś walkę w mistrzostwach świata w cierpliwości.
A drogi? Parkingów jak na lekarstwo. W Niemczech – luksus, stacje co chwila, toalety czyściutkie, kawka pachnąca. A tu – zjazdy niby są, ale tak na dwa auta na krzyż. Toalet brak. Zero blichtru. No może poza zapachem, który dawał jasno do zrozumienia, że tu się zatrzymywać nie warto.
Parkingi?
Na szczęście udało się znaleźć pierwszy nocleg – parking w lesie. I to nie byle jaki, tylko taki ukryty między drzewami. Klimat trochę jak z horroru: ciemno, szumi, gałęzie trzaskają, człowiek nasłuchuje, czy to przypadkiem nie wilki, zombie albo francuski rolnik z widłami. Ale spanie było za darmo, a rano okazało się, że miejsce całkiem przyzwoite.
Drugi postój zrobiliśmy już prawie pod granicą Hiszpanii pomiedzy Labenne a Bajonne

https://maps.app.goo.gl/BZ3QWcBSYPP4fVBP8?g_st=ac, czyli ostatani przed granicą Francji i Hiszpanii. Bylo czysto i bezpiecznie. Miejsce cywilizowane, bez zombie i wilków. No i za darmo! Polecam zdecydowanie dla pragnących kostki brukowej, bez zbędnych km szukania.
Francja zaskoczyła nas… brakiem zaskoczeń. Teren w większości płaski, droga monotonna, szaro i mało ciekawie – jakby ktoś wyprasował krajobraz żelazkiem. W oddali majaczyły Wogezy, ale dla nas to żadna egzotyka – mieszkaliśmy przy Alzacji, więc te widoki już znamy na pamięć.
Podsumowanie
Trasa była głównie nocna, więc i tak niewiele było widać, poza refleksami w szybie i jednym patrolem policji. Prawdziwe atrakcje zapewniały natomiast drogi – zamiast dziur jak w Polsce, Francuzi postawili na „śpiących policjantów”. I to takich, że przyczepa dostawała torsji. Mimo pasów zabezpieczających, jedna z lampek po prostu… odpadła. Ot, pamiątka z trasy.
Nie można powiedzieć, że było brudno, ale do niemieckiego porządku też im daleko. Taki środek – bez zachwytów, bez dramatu. Nikt nas nie zatrzymał, nie kontrolował, więc przejechaliśmy Francję w trybie przelotowym. W jednym miejscu miedzy polami tak na pobudkę, dostaliśmy falą wody ze spryskiwacza, ktory zamiast pola podlewał przejeżdżające auta. A u nas rolnicy narzekają, że susza.
Podsumowując: dla wytrwałych kierowców, którzy lubią, jak im się cały dobytek w środku podskakuje przy każdym progu zwalniającym. Droga darmowa do przeżycia i coś tam oko w dzieṅ można zahaczyć.
Nastepnie kierunek Bilbao.
Hiszpania – czyli jak wjechać pod górę i nie zejść na zawał

Hiszpania powitała nas jak typowa południowa ciotka – gorąco, głośno i bez litości. Ledwo przekroczyliśmy granicę, a już asfalt zaczął się wspinać w górę, jakby chciał nas przetestować: „Macie siłę, czy mam was tu zostawić?”. No to ciągnęliśmy nasz zestaw – samochód, przyczepa i cała reszta cyrku na kółkach – na kemping w Mutriku https://www.eurocampings.pl/hiszpania/kraj-baskow/guipuzcoa/mutriku/camping-santa-elena-115331/

Sam dojazd? Powiem tak – jeśli ktoś cierpi na lęk wysokości, klaustrofobię albo ma za sobą tylko jazdę po płaskim Mazowszu, to lepiej niech tam nie jedzie. Droga wąska, stroma, zakręty takie, że kierownica płakała. Ja w pewnym momencie zastanawiałam się, czy nie powinniśmy rozdawać ulotek po drodze: „Uwaga, jadą szaleńcy z Polski. Ustąp albo licz się z konsekwencjami”.
Ale udało się. Kemping Santa Elena – tani, schludny, wszystko co trzeba. Pralki (bo życie w podróży to nie Instagram, tylko ciągła walka ze stertą brudnych gaci), prysznice, sklepik, nawet miejsce na zrzut szarej wody – luksus. Do tego widok z góry taki, że można zapomnieć o tym, jak blisko było do rozwodu podczas podjazdu. 65 euro za dwa zestawy, cztery dorosłe osoby, dziecko i psa – cena jak na dzisiejsze czasy wręcz śmieszna.
Plaża? Teoretycznie jest. W praktyce trzeba zejść po schodach jak na Giewont, a na dole zamiast rajskiego piasku – kamienie i skały. Ale kto by tam marudził, my i tak byliśmy tylko przejazdem.
Zwiedzanie
Rano szybka kawa i wycieczka do Bilbao. Miasto piękne, ale dojazd przez nabrzeże to istny test cierpliwości – korki takie, że można by w tym czasie wydziergać sweter na drutach. Parkowanie? Podziemne parkingi wyglądają jak wymyślone przez sadystę – stromo, wąsko i ciemno jak w kopalni. Za kilka godzin postoju 3 euro plus napiwek, razem 5. Ale mieliśmy auto bezpiecznie schowane, choć odetchhnełam z ulgą dopiero po wyjeździe na drogę. Bo gdy wjechaliśmy do jednego z nich i musieliśmy składać lusterka, żeby się zmieścić. Tak, dokładnie: lusterka na styk, a w głowie wizja lawety. Chwila grozy, ale przeżyliśmy.
Na pierwszy ogień Muzeum Guggenheima, centrum Plaza de las Farolas, a potem spacer Txabarri Jauregia. Upał 39 stopni, więc z żalem szukaliśmy już tylko miejsca na jedzonko i odpoczynek. Dotarliśmy na do Goiko Grill https://share.google/pckOQMZHVlm9yqFy2 i….wow! 🔥 Bez rezerwacji, a stolik czekał na nas jakby wiedzieli, że przyjedziemy. Obsługa bez problemu po angielsku, więc zero stresu z zamawianiem. A jedzonko? No sztosik – porządne porcje, pełne smaku i wcale nie za miliony monet. Ja sama zamòwiłam porcję dla dzieci, którą ledwo wcisnęłam.

Ogólne wrażenie? Miasto ma swój urok, ale widać, że czasy świetności ma za sobą. Boczne uliczki zaśmiecone – może nie poziom obrzeży Londynu, gdzie człowiek boi się iść, żeby nie wdepnąć w coś „żywego”, ale daleko też do czystości. Bilbao wyglądało trochę jak gwiazda rocka po karierze – kiedyś błyszczało, dziś trochę zmęczone życiem, ale wciąż ma coś, co przyciąga.



Madryt – parking horror show i Cyrkowy Wujek od bramy
Plan był prosty: rano Portugalia. Rzeczywistość? „A może skoczymy do Madrytu?”. I tak, zamiast palm, dostaliśmy… industrialny krajobraz po bitwie. Camper Area Madrid, dawniej Las Cigüeñas ( wyszukany na szybko bez planu) https://share.google/QutISPxqT50zVx4ak

– nazwa ładna, zdjęcia w necie jeszcze ładniejsze. Na żywo? Scena po ewakuacji planu filmowego: nowe asfaltowe drogi do nikąd, świeże krawężniki, a za nimi puste budynki zagrodzone płotami i betonowymi klocami. Ktoś tu miał wielki plan. Zostały tylko echo i śmieci, które dowozi życie. Tuż za płotem obserwowałam papugi dziko żyjące i zające, ktore całymi rodzinami znalazły darmowy hotel na wysypisku. Kontrast ciekawy i smutny zarazem.
Wjazd przez bramę na pilota – czujemy się jak VIP-y, tyle że w dystopii. Wita nas gospodarz: były pracownik cyrku. Tłumaczy po niemiecku, wprowadza z wdziękiem ringmastera. „25 euro od pojazdu”. Przelicznik szybki jak espresso: mamy ich cztery, więc leci stówa. Prąd +5? Dziękujemy, mamy własny survival w pakiecie.
Sanitariaty? Też z gatunku minimalistycznej prawdy o świecie. Jedna łazienka, płytki trzymają się ściany siłą woli i pianki montażowej z 2003 roku. Dwie toalety – rano robią się kolejki, w których człowiek ma czas na wszystkie przemyślenia o sensie życia i polityce parkingowej Madrytu. Prysznic? Jest. Czy działa na nerwy? Też działa.
Za to bezpieczeństwo – pierwsza klasa: ogrodzenie, pilot, inne kampery obok. Ten rodzaj spokoju, kiedy wiesz, że nawet jeśli świat się tutaj kiedyś zawiesił, to tej nocy ktoś jeszcze świeci czołówką trzy metry od ciebie. Blisko centrum, a jednak jakby na rubieżach cywilizacji. Kontrast tak mocny, że aż śmieszny.
Podpowiedź?
Nawigacja kręciła nas po mapie jak w pralce. Moja rada dla przyszłych śmiałków: omiń stację benzynową (CPN), potem jeszcze jedną, zaraz za nią w prawo i w prawo. Mniej klątw, mniej zawracania, więcej szans, że nie wyjdziesz z auta z nową zmarszczką.
Czy warto? Na jedną noc – jasne. Masz bramę, teren ogrodzony, towarzystwo kamperów i bilecik na szybki dostęp do miasta. Czy ładnie? Nie. Czy uczciwie? Tak. Czy zapamiętasz to miejsce? Owszem – bo rzadko kiedy dystopia ma taki budżet na świeży asfalt.
Zwiedzanko
Szybka akcja i po godzinie od dojazdu byliśmy juź w kolejnym strasznym parkingu podziemnym. Minęliśmy kilka takich po drodze, nieczynnych i nikomu niepotrzebnych. Kierunek – z buta do Puerta de España, czyli Parque de El Retiro. Ogromniasty Park w samym centrum miasta, pełen zabytków, sztuki i zieleni.




Później okazało się, że można też zaparkować normalnie – przy samych ogrodach. My byliśmy po południu i miejsc do parkowania był opór. No cóż… Sam Palacio de Cristal akurat w remoncie (czyli klasyka – jedziesz 2000 km, a tam rusztowania i folia), ale widzieliśm pominik Lucyfera na wysokości 666 m.n.p.m., posłuchaliśmy ulicznego grajka, zjedliśmy lody. Pospacerowaliśmy dwa kilometry i zawróciliśmy. Skwar dawał nam porządnego klapsa w pysk. A, że kolejna atrakcja była cztery kilometry dalej – to już wiedzieliśmy, że do tego towarzystwa potrzebny jest samochód, a nie nogi.



Wieczorny maraton ulicami Madrytu podziwialiśmy Plaza Mayor i Gran Via, zakończyliśmy krotkim spacerkiem po starówce, gdzie nie mogło zabraknąć magnesőw i koszulki Ronaldo ( nie wiem po kim ale mała jara się piłką nożną).
Podsumowanie
Hiszpania – kraj, który każdy zna z folderów turystycznych: flamenco, paella, corrida i uśmiechnięci ludzie w sombrerach (chociaż sombrero to bardziej Meksyk, ale kto by tam w reklamach różnicował). Faktycznie, piękne zabytki, cudowne parki, ale jak człowiek zboczy z tej pocztówkowej ścieżki – to widzi drugą twarz Hiszpanii. Tę mniej „instagramową”.
Madryt kiedyś dumne miasto, dziś wygląda trochę jak ciocia, która kiedyś była królową balu, a teraz siedzi w dresie na kanapie, chrupie czipsy i wzdycha do starych zdjęć. Centrum jeszcze się trzyma, ale już wystarczy skręcić w boczną uliczkę i bum – śmieci, rozklekotane kosze, segregacja? Ha! Segregacja to chyba tylko w kolorach puszek po piwie, które leżą pod murkiem.
Za to parkowanie – tu szacun. W ciągu dnia parkingi stoją puste jak mózg polityka podczas wywiadu. Można zaparkować nawet autobusem kosmicznym i jeszcze zostanie miejsce na karawanę wielbłądów. No ale kto normalny wychodzi z domu w 40-stopniowym piekarniku? Madryt uczy się od Dubaju – w dzień miasto umiera, w nocy zamienia się w jeden wielki melanż. O 22 ulice budzą się jak po espresso: knajpy pełne, muzyka, sklepy działają, fury podjeżdżają jedna lepsza od drugiej. Dla nocnych marków raj, dla takich, co chcieliby rano zwiedzać – współczuję. Zresztą rano i tak nic nie zobaczysz, bo wszystko zasłaniają rolety i śpiące miasto.
Granica – witamy w Portugalii, czyli „bieda w wersji premium”
Po całym tym madryckim industrialnym horrorze, droga na Portugalię była jak przeciągnięcie duszy przez myjnię automatyczną. Ostatnie 600 km – człowiek już ma dosyć, kręgosłup błaga o litość, a kubki z kawą w aucie zaczynają wyglądać jak zabytki archeologiczne. Ale nagle… granica.
Wjazd asfaltową drogą między palmami. Serio, jakby ktoś zaprojektował to specjalnie pod nasze zmęczone oczy: „Proszę, oto twoja nagroda za przetrwanie Madrytu. Widokówka z wakacji, w wersji na żywo.”

I tu zaczyna się najlepsze. Portugalia – kraj oficjalnie biedniejszy od Hiszpanii, a drogi… proszę państwa, lepsze niż obrzeża w Londynie. Tak, dobrze czytasz. W tym Londynie, gdzie każdy krawężnik wygląda, jakby przeszedł trzy wojny i jeszcze po nim przejechała królowa w czołgu. A tu? Czysto, gładko, bez śmieci walających się po rowach. I bez tych wszystkich „niedasiów”, które w innych krajach spotykasz na każdym kroku.
To uczucie, kiedy przekraczasz granicę i od razu widzisz: „No dobra, tu będzie inaczej”. I to „inaczej” nie w sensie, że bieda z nędzą, tylko że ktoś tu jednak ogarnął temat estetyki.
Pierwsze kilometry i już człowiek czuje, że dobrze wybrał kierunek. Jakby kraj chciał powiedzieć: „Spokojnie, tu się nie zawiedziesz. Tu nawet asfalt pachnie lepiej.” c.d. w nowym wpisie….
Subskrybuj….
Dodaj komentarz