Rozpoczynamy kolejny etap – ku życiu off-grid

To już jutro. Cztery tygodnie w naszym tymczasowym azylu minęły szybciej niż bateria w telefonie po wrzuceniu 100 zdjęć na Insta. Pakujemy ostatnie pudełka, zwijamy przedłużacze, zamykamy okna – te w przyczepie i te w głowie.
Ten czas był trochę jak przystanek na stacji benzynowej w podróży życia – niby chwilowy, ale potrzebny, żeby złapać oddech, poprawić to i owo, i zrobić mentalny restart.
Bus naprawiony (po raz pierwszy w tej dekadzie bez kłótni z mechanikiem), zestaw solarny działa (a przynajmniej udaje, że działa), sprzęt przetestowany, poprawki wprowadzone. Słowem: jesteśmy gotowi. W teorii.

Ostatni przystanek

Miejsce, w którym byliśmy, miało klimat: cisza, spokój, gwiazdy nad głową i ten rodzaj przestrzeni, w której człowiek zaczyna poważnie rozważać, czy aby na pewno potrzebuje Netflixa (https://www.waldeckhof.de/stellplatz), tanio – 15 euro za dobę, czysto, z dostępem do produktów bio od gospodarza.
Jedyne „ale”? Właściciel ma w zwyczaju podlewać pole używając do pompy agregatu, który brzmi jak lądowanie małego helikoptera. (Tip od nas: weźcie stopery albo traktujcie to jak darmowy pokaz siły natury… ludzkiej).
Toalety są, ale wody nie nabierzecie i szarej nie zrzucicie – survival w wersji „dla początkujących”. Prąd jest, ale trzeba mieć kabel dłuższy niż kolejka do lekarza NFZ.
Plusy? Restauracja obok, która karmi tak, że zapominacie, jak się pisze „dieta”, a widok koi duszę lepiej niż Netflixowe seriale o miłości. Właściciel – złoty człowiek. Takich ludzi powinno się opatentować.

Emocje na rozdrożu

Pakowanie całego życia do samochodu to trochę jak Tetris, tylko w wersji bez pauzy i z ograniczoną liczbą „klocków” (czytaj: rzeczy), które w ogóle można wziąć.
Patrzymy na te resztki naszych niegdyś „niezbędnych” przedmiotów i myślimy: serio, po co nam to wszystko było? (Tak, wliczając w to zestaw do robienia sushi, który użyliśmy raz).
Żegnamy ten kraj z nutką wzruszenia i workiem wdzięczności. To nie jest zwykły wyjazd – to raczej zrzucanie korpo-kajdanek, blichtru i życia „pod zegarek”. Idziemy w stronę większej obecności, uważności i wolności. Brzmi jak reklama jogi, ale tym razem to nie jest ściema.

Dokąd?

Nie mamy sztywnego planu – i to jest w tym najlepsze. Jedziemy w stronę słońca, zieleni i otwartych przestrzeni. Tam, gdzie ziemia zawoła, a serce powie: „Zostań tu dłużej” (albo przynajmniej dopóki nie zacznie padać).
Zmienia się krajobraz, ale nie cel. Nadal szukamy miejsca, gdzie można zasadzić coś własnego, napić się deszczówki i zjeść pomidora prosto z krzaka – takiego, który naprawdę smakuje jak pomidor, a nie jak plastikowy eksponat z supermarketu.
Ruszamy. Z duszą pełną nadziei, dziećmi na pokładzie i sobą nawzajem. Bez gwarancji, ale z przekonaniem, że to dobra droga. A jeśli nie, to przynajmniej będzie o czym pisać.

Trzymajcie za nas kciuki

Jeśli kiedykolwiek byliście w drodze – dosłownie lub symbolicznie – wiecie, jak to jest.
Za nami cztery ściany. Przed nami przestrzeń. I wieczna walka z tym, żeby czajnik w przyczepie nie spadł w czasie jazdy.
W drogę!

Wasza Misiorowa.

Zajrzyj też na inne moje wpisy:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Na stronie Kontakt https://misiorowesercowanki.com/kontakt-misiorowychsercowanek/, możesz także skorzystać z darmowej subskrybcji , będziesz na bieżąco i nie opuścisz żadnego wpisu z aktualności.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *